podróż dookoła świata 

   

    [ strona główna ]

 

 

 

   przygoda: 

 

 

marsjańskie ekstazy boliwia / chile / argentyna luty 2007
 

 

cel:

 

 

 

Dotarlismy tu, no to trzeba dobrze to wykorzystac.

 

mapa
operacyjna
:

 

 

 

 

   >>

 

 

zapiski
w drodze
:

 

***

Przypadki asfaltowe. Zjechalismy na serwis do Sucre. A tu czekolada. Duze zaskoczenie. W calej tej podrozy czekolady jak na recepte, a juz zeby choc zblizona do Wedla to zupelna rzadkosc. A tu duzo. 3 dni zeszlo z tym. I w droge. Powrot do zjawisk terenowych pierwszej proby. Poczatek asfaltowy. Ma byc spoko. Wiec najpierw 2 godziny grzebiemy gleboko co tu tez tak rzezi w tym silniku po serwisie. Atmosfera gesta robi sie, jakies wspominanki mechanika w Laosie, co to mu sie zapomnialo wlozyc spowrotem filtra powietrza do naszych wowczas pieknych hond super cubow. Ale to nie silnik. To peruwianskie orurowanie brazylijskiej hondy peka i pekajac jeczy. Acha. Nastepnie stoja Indianie kolo drogi, ze stadem owiec, czekaja. Przejezdzam, rzuca sie za mna pies, owce szaleja. Wskakuja na Goche. Gocha gleba. Indianie uciekaja. Pies dostaje odlamkiem skalnym. I tem podobne. Przypadki asfaltowe.

 

[ Sucre - Potosi, most jak z innej bajki, chyba za sprawa niemieckich imigrantow ]

 

 

***

Przypadki nieasfaltowe. Zblizamy sie do Potosi, ponoc najwyzej polozonego miasta na ziemi, cos tam 4 km z kawalkiem npm. Czuc. Maszynom jakby ktos z kazdym kilometrem wspinaczki upuszczal krwi. Poprzednim razem
jak tu bylismy to z dolu. Gruby blad. Z dolu napotkalismy glowna ulice pod katem, tak na oko 60 stopni do gory. Z pelna menazeria i szalenstwem miejscowych uzytkownikow tej drogi ma sie rozumiec. Pokonalismy przy pelnej widowni z podkladaniem kamienia. Wiec sie nauczylismy, ze lepiej wjechac z gory, z obwodnicy. Wjezdzamy. Poszostne szkrzyowanie zmiksowane z rondem. Zero znakow. Albo wszystkich puscic, albo wszystkich wyscignac. Innej metody nie ma. To znaczy pewnie jakies zasady obowiazuja, ale my nie mamy metody na zrozumienie tych zasad. Jakos sprytnie nie dajemy sie zabic i juz po chwili wyjezdzamy. Kierunek Uyuni. Droga nie asfaltowa. Planowo. Nieplanowo to ze do gory. Na dwojce, ktora zdycha powoli. No to na jedynce. Ktora zdycha powoli. Grad, snieg, deszcz. Do gory. Na gorze dajemy w bok na oboz, schowac sie do namiotu. Cos sie jutro wymysli. Jutro wycinamy dodatkowe dziury w opakowaniu filtra powietrza, podkrecamy gazniki i fru. A tu nie fru. Tarka, piach, salary, bloto, co chwile jakis autobus przemyka 90 km/h. Nowy Mercedes Marcopolo. O co chodzi. O nic. W Boliwii asfalt to rarytas, wiec miejscowi przywykli. A dla nas jak tylko nie ma to od razu przygoda. 2 razy dostaje w glowe czyms wyrzuconym z autobusu przy wymijaniu. Czerwone gory, wyschniete rzeki, kaktusy. Przeprawiamy sie przez Andy wschodnie do tego co posrodku - plaskowyzu. A po drodze spokojnie zaliczamy prawie 5000 m npm, spadajace kamienie, wiecej kaktusow, salarow, piachu, tarki. 4 dni zamiast 2. Acha, posrodku tego, w wiejskim sklepie hamburgery z argentynskim piwem. I wiecej kaktusow i czerwonych gor dookola. Na koncu z podkladaniem kamienia wjezdzamy do wioski, ktora w jakiejs swojej glupkowatosci bierzemy za Uyuni juz. A tu nie Uyuni. A tu Pulacayo. Pulacayo, gdzie historia pewna konczy sie.

 

[ Sucre - Potosi, odpoczynek widokowy, cos nam sie te gory z Tatrami kojarza,

lezka w oku sie kreci, ale juz niedlugo ... ]

 

[ Potosi - Uyuni, piaskowe drogi ]

 

[ Potosi - Uyuni, ranek, to jest nasz podklad pod namiot i dosypiajaca Gocha,

Dziewczyna umie wykorzystac kazde 5 minut w tej podrozy ]

 

[ Potosi - Uyuni, Bejbi konsumuje, w przydroznych knajpach standard to 2 daniowy obiad, dziwnie europejski,

tu spagetti bolognese, za 2 zlote ]

 

[ Potosi - Uyuni, fajnie ]

 

[ Potosi - Uyuni, troche pokrzykujemy, zeby to spadlo, dla lepszego zdjecia, ale nie chce ]

 

[ Potosi - Uyuni, bo nie robimy zdjec miejscowych wiosek - no to to jest przyklad zagrody,

znajdziecie ja, niezle sie zamaskowali prawda? ]

 

[ Potosi - Uyuni, sytuacja jak z kreskowki, Gocha nie chce jechac ]

 

[ Potosi - Uyuni, bonanzowe klimaty ]

 

[ Potosi - Uyuni, pranie, jedyna rzeka od 300 km i od razu aktywnosc,

a chcialoby sie tak jak w Kirgizji, trawka, strumyk, moczenie nog, ech Euroazjo... ]

 

[ Potosi - Uyuni, lamy, to co lezy to nie zdechniete, tylko urodzone przed chwila ]

 

[ Potosi - Uyuni, a tu takie jakies brazowo biale fajne ]

 

[ Potosi - Uyuni, podobienswo do Kirgstanu jest uderzajace,

tak sobie wspominamy Tadzyka i Barana Czerwonego ]

 

[ Potosi - Uyuni, a po srodku calych tych kirgisko hindukuskich pustek, hamburger i piwko salta,

w wiosce, w sklepie, zimne bylo ]