podróż dookoła świata 

   

    [ strona główna ]

 

 

 

   przygoda: 

 

 

marsjańskie ekstazy boliwia / chile / argentyna luty 2007
 

 

cel:

 

 

 

Dotarlismy tu, no to trzeba dobrze to wykorzystac.

 

mapa
operacyjna
:

 

 

 

 

   >>

 

 

zapiski
w drodze
:

 

***

Przypadki asfaltowe. Zjechalismy na serwis do Sucre. A tu czekolada. Duze zaskoczenie. W calej tej podrozy czekolady jak na recepte, a juz zeby choc zblizona do Wedla to zupelna rzadkosc. A tu duzo. 3 dni zeszlo z tym. I w droge. Powrot do zjawisk terenowych pierwszej proby. Poczatek asfaltowy. Ma byc spoko. Wiec najpierw 2 godziny grzebiemy gleboko co tu tez tak rzezi w tym silniku po serwisie. Atmosfera gesta robi sie, jakies wspominanki mechanika w Laosie, co to mu sie zapomnialo wlozyc spowrotem filtra powietrza do naszych wowczas pieknych hond super cubow. Ale to nie silnik. To peruwianskie orurowanie brazylijskiej hondy peka i pekajac jeczy. Acha. Nastepnie stoja Indianie kolo drogi, ze stadem owiec, czekaja. Przejezdzam, rzuca sie za mna pies, owce szaleja. Wskakuja na Goche. Gocha gleba. Indianie uciekaja. Pies dostaje odlamkiem skalnym. I tem podobne. Przypadki asfaltowe.

 

[ Sucre - Potosi, most jak z innej bajki, chyba za sprawa niemieckich imigrantow ]

 

 

***

Przypadki nieasfaltowe. Zblizamy sie do Potosi, ponoc najwyzej polozonego miasta na ziemi, cos tam 4 km z kawalkiem npm. Czuc. Maszynom jakby ktos z kazdym kilometrem wspinaczki upuszczal krwi. Poprzednim razem
jak tu bylismy to z dolu. Gruby blad. Z dolu napotkalismy glowna ulice pod katem, tak na oko 60 stopni do gory. Z pelna menazeria i szalenstwem miejscowych uzytkownikow tej drogi ma sie rozumiec. Pokonalismy przy pelnej widowni z podkladaniem kamienia. Wiec sie nauczylismy, ze lepiej wjechac z gory, z obwodnicy. Wjezdzamy. Poszostne szkrzyowanie zmiksowane z rondem. Zero znakow. Albo wszystkich puscic, albo wszystkich wyscignac. Innej metody nie ma. To znaczy pewnie jakies zasady obowiazuja, ale my nie mamy metody na zrozumienie tych zasad. Jakos sprytnie nie dajemy sie zabic i juz po chwili wyjezdzamy. Kierunek Uyuni. Droga nie asfaltowa. Planowo. Nieplanowo to ze do gory. Na dwojce, ktora zdycha powoli. No to na jedynce. Ktora zdycha powoli. Grad, snieg, deszcz. Do gory. Na gorze dajemy w bok na oboz, schowac sie do namiotu. Cos sie jutro wymysli. Jutro wycinamy dodatkowe dziury w opakowaniu filtra powietrza, podkrecamy gazniki i fru. A tu nie fru. Tarka, piach, salary, bloto, co chwile jakis autobus przemyka 90 km/h. Nowy Mercedes Marcopolo. O co chodzi. O nic. W Boliwii asfalt to rarytas, wiec miejscowi przywykli. A dla nas jak tylko nie ma to od razu przygoda. 2 razy dostaje w glowe czyms wyrzuconym z autobusu przy wymijaniu. Czerwone gory, wyschniete rzeki, kaktusy. Przeprawiamy sie przez Andy wschodnie do tego co posrodku - plaskowyzu. A po drodze spokojnie zaliczamy prawie 5000 m npm, spadajace kamienie, wiecej kaktusow, salarow, piachu, tarki. 4 dni zamiast 2. Acha, posrodku tego, w wiejskim sklepie hamburgery z argentynskim piwem. I wiecej kaktusow i czerwonych gor dookola. Na koncu z podkladaniem kamienia wjezdzamy do wioski, ktora w jakiejs swojej glupkowatosci bierzemy za Uyuni juz. A tu nie Uyuni. A tu Pulacayo. Pulacayo, gdzie historia pewna konczy sie.

 

[ Sucre - Potosi, odpoczynek widokowy, cos nam sie te gory z Tatrami kojarza,

lezka w oku sie kreci, ale juz niedlugo ... ]

 

[ Potosi - Uyuni, piaskowe drogi ]

 

[ Potosi - Uyuni, ranek, to jest nasz podklad pod namiot i dosypiajaca Gocha,

Dziewczyna umie wykorzystac kazde 5 minut w tej podrozy ]

 

[ Potosi - Uyuni, Bejbi konsumuje, w przydroznych knajpach standard to 2 daniowy obiad, dziwnie europejski,

tu spagetti bolognese, za 2 zlote ]

 

[ Potosi - Uyuni, fajnie ]

 

[ Potosi - Uyuni, troche pokrzykujemy, zeby to spadlo, dla lepszego zdjecia, ale nie chce ]

 

[ Potosi - Uyuni, bo nie robimy zdjec miejscowych wiosek - no to to jest przyklad zagrody,

znajdziecie ja, niezle sie zamaskowali prawda? ]

 

[ Potosi - Uyuni, sytuacja jak z kreskowki, Gocha nie chce jechac ]

 

[ Potosi - Uyuni, bonanzowe klimaty ]

 

[ Potosi - Uyuni, pranie, jedyna rzeka od 300 km i od razu aktywnosc,

a chcialoby sie tak jak w Kirgizji, trawka, strumyk, moczenie nog, ech Euroazjo... ]

 

[ Potosi - Uyuni, lamy, to co lezy to nie zdechniete, tylko urodzone przed chwila ]

 

[ Potosi - Uyuni, a tu takie jakies brazowo biale fajne ]

 

[ Potosi - Uyuni, podobienswo do Kirgstanu jest uderzajace,

tak sobie wspominamy Tadzyka i Barana Czerwonego ]

 

[ Potosi - Uyuni, a po srodku calych tych kirgisko hindukuskich pustek, hamburger i piwko salta,

w wiosce, w sklepie, zimne bylo ]

 

[ Potosi - Uyuni, kaktusik ]

 

[ Potosi - Uyuni, z bliska, odraza ]

 

[ Potosi - Uyuni, Gocha w korycie okresowej rzeki, duzo jaszczurek i skorpionow ]

 

[ Potosi - Uyuni, kaktusik, z bliska, moze tez zachwycac ]

 

[ Potosi - Uyuni, a nawet bardzo zachwycac ]

 

[ Potosi - Uyuni, ksztalty i kolory z zupelnie srodokowoazjatyckiej bajki ]

 

[ Potosi - Uyuni, kaktusy kwitna i patrza ]

 

[ Potosi - Uyuni, w korycie rzeki gdzie zatrzymali sie na nocleg,

Gocha zjebana,

po prostu ]

 

[ Potosi - Uyuni, zludne plaskowyze, ze niby to juz ten nasz, Uyuni,

a tu jeszcze gorki do pokonania na biegu nr 1 z podkladaniem kamienia, zeby ruszyc ]

 

[ Potosi - Uyuni, no to pokonujemy te gorki, nie bez wynagrodzenia estetycznego ]

 

[ Potosi - Uyuni, uf, na gorze. Pulacayo, najwieksza kopalnia srebra na swiecie w koncu XIX wieku,

oraz tu gdzie pewna historia konczy sie ]

 

[ Potosi - Uyuni, Pulacayo, coraz blizej konca pewnej historii - dorwala sie od kranu, 20 minut,

jakby wody nie widziala ]

 

 

***

Tu historia ta konczy sie. Pulacayo to najwieksza na swiecie kopalnia srebra pod koniec XIX wieku, przed ktora teraz stare parowozy. Jeden z nich, obstawiamy, ze ten z numerkiem 66, byl napadniety przez Butch´a Cassidy i Sundance Kid'a, co przypieczetowalo ich los. Po zrabowaniu wyplat gornikow chlopaki zostali namierzeni, otoczeni i prawdopodobnie popelnili samobojstwo.

 

Butch Cassidy i Sundance Kid to przestepcy polnocnoamerykanscy, rozslawieni poprzez film Butch Cassidy and the Sundance Kid nakrecony w 1969 r., z Paulem Newmanem i Robertem Redfordem w rolach glownych. Przeniesli sie w 1901 r. do Argentyny, a pozniej do Boliwii, gdzie rabowali banki, konwoje z wyplatami dla pracownikow okolicznych kopalni itp.

Bardzo dobre informacje w wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Butch_Cassidy

 

A dla podniesienia nieco cisnienia taka gleboka analiza - czemu takie glupoty wciaz wymysla sie w moim kraju?

http://www.socjalizm.org/swiat/boliwia-morales-wybory.htm

 

[ Potosi - Uyuni, Pulacayo, ktorys z tych parowozow ... ]

 

[ ... byl napadniety przez Butcha Cassidy i Sundance Kida ... ]

 

[ ... raczej jednak nie ten ... ]

 

[ Potosi - Uyuni, se solisita mecanico - potrzebny mechanik ]

 

 

***

Baza ludzi z soli. Dwa zakrety i wylania sie cos plaskiego, majaczy, przybliza i oniemia. Wyjazd jak w Chorwacji nad Adriatyk, jak sie tam przedrzesz przez te gory to widok oslepiajacy plaskiego jest jak tu. Tyle ze tu bardziej oslepia. Tu Salar de Uyuni. Najwiekszy. 10,5 tys km kw. Jedno z najbardziej plaskich miejsc na ziemi, roznice poziomow wynosza ponoc max. 43 cm. Nieopodal Uyuni. Jest ciepla woda. Zyjemy. Baza.

 

[ Potosi - Uyuni, wylania sie Salar de Uyuni, 11 tys km kw soli,

powierzchnia to 22 razy wieksza niz Warszawa (ok 500 km kw) ]

 

 

***

Tam gdzie wszyscy jezdza a nikogo nie ma. Uyuni biznesem turustycznym kwitnie. I fajne to. Jak my lubimy z jakiejs dziczy zjechac na pare dni do takiego miejsca, gdzie wszystko jest jasne, jestes najwazniejszy, bo to pod ciebie zbudowane i nikt nie zadaje glupich pytan. Miejsce kwitnie biznesem polegajacym na obwozeniu turystow po poludniowych gorskich koncach Boliwii dzipami. My tez chcemy. Wlasciwie cele sa tu dwa. Po pierwsze musimy sobie udowodnic, ze dobry ruch byl z tymi motorami, w ten sposob, ze pojedziemy tam gdzie wszystkich woza tymi dzipami, tylko po swojemu, z mieszkaniem w namiocie, siedzeniem w ladnym ile sie chce i robieniem zdjec tam gdzie sie chce, a nie akurat pozwola. No i co tu duzo mowic - z prywatnoscia. Po drugie jakos nas tak pobudza miejsce na mapie niepozorne, a jednak pobudzajace wyobraznie. Hito Cajon. Totalnie odjechana granica miedzy Boliwa a Chile na samym koncu tej dziczy. Musimy ja przejechac. Po prostu musimy. Jak zwykle okaze sie, ze miejsce ciekawsze niz sie wydaje. Bo zgodnie z miejscowa logika, chcialoby sie powiedziec nieeuklidesowa, wytrenowana w dzialaniach w przestrzeniach ujemnie i ulamkowo wymiarowych, w dwoch kawalkach. Jeden na granicy, a drugi nie. Bo dalej. I wyzej. Dla nas najwyzej.

 

[ Uyuni, Matki Boskiej Gromnicznej, robi sie takie bramy i przyczepia srebra domowe do nich ]

 

[ Uyuni, Matki Boskiej Gromnicznej, bram jest ok 15 i przed kazda odprawia sie krotkie nabozenstwo ]

 

[ Uyuni, Matki Boskiej Gromnicznej, zblizenie - poprzyczepiana srebrna zastawa,

15 km dalej Puculayo - najwieksza kopalnia srebra na swiecie konca XIX wieku ]

 

[ Uyuni, Miejscowi, sprawa jest prosta - bardzo nie lubia jak im robic zdjecia ... ]

 

[ Uyuni, ... wiec tylko 2 sztuki z ukrycia ]

 

[ Uyuni, chwilowa zmiana srodka lokomocji,

nie ma zartow, Ci co znaja Projekt Parciaki wiedza o co chodzi i dlaczego zbieramy konstrukcje drezyn :) ]

 

[ Uyuni, zlomowisko parowozow ]

 

[ Uyuni, miejsce magiczne ]

 

 

***

Proba co ugrzezla w blocie. Slonym. Rano, po cieplej wodzie (o ciepla wodo!) jest sprez, podsmiechujki, przechwalki, pochukiwania. Salar. Na SALAR. NA SALARAAAA! Jedziemy. Przejedziemy. Przez salar i na poludnie. Bij, przebij! Pompujemy 15 litrow dodatkowego paliwa, 11 litrow wody i atak na podkreconych silnikach. Tu wtret: silniki podkrecone w gorach, po delikatnym zjechaniu na plaskowyz ktory na jakichs 3600 m npm chodza jak w rakietach, nawet na 5 przerzucamy czasami:) No wiec atak na podkreconych silnikach i pieknie wbijamy sie jakies 300 m w teren, kola suna, buksuja i wyrzucaja kilogramy czegos klejacego w powietrze. Hm, chyba stoimy w miejscu przy 7000 obrotow na minute. Pod bialym jest piekna, dziewicza i nienaruszona warstwa blota. Bloto jak klej. Klei nas maksymalnie. 8 godzin wypychania, przepychania, podjazdow. Probojemy ten salar z roznych stron. I nic. Nie puszcza. Jest jedno miejsce, gdzie wjezdzaja ciezarowki po sol co to ja tam kopia czy jakos inaczej produkuja dalej. Ale jakies 400 m trzeba przez solanke na 1 m gleboka. Po czyszczeniu po przekraczaniu Salaru de Coipasa (co to teraz troche od nas na polnocy) szczoteczkami do zebow i 4 razy, chyba juz nam sie nie chce. Odpuszczamy. Odwrot. Do Uyuni. Do cieplej wody. Jak odjezdzamy podjezdza traktor z miejscowymi, nie odjezdzamy, podjezdzamy. Mowia: Dzien dobry, Jak sie macie, Ktoredy do wioski na druga strone? Hm. Hm na wielu plaszczyznach.

 

[ Salar de Uyuni, podkradamy sie do salaru, bo chcemy go szybko i niepostrzezenie przesmignac,

te trawy potwornie klujace ]

 

[ Salar de Uyuni, lecz szybko i niepostrzezenie znajdujemy sie w salarowej pulapce,

300 m - tyle srednio mozemy w niego wjechac, pod wartswa soli potwornie klejace bloto ]

 

[ Salar de Uyuni, Gocha orze ]

 

[ Salar de Uyuni, Konrad czlapie i pokazuje Vulcan Tunupa, jakies 170 km dalej ]

 

[ Salar de Uyuni, tak to wyglada, jedynka, nogi i jakos centymetr po centymetrze wyjezdzamy ]

 

[ Salar de Uyuni, tajemnicza sprawka - juz wyjasniamy - nasze slady z jazdy wspomaganej popychaniem nogami,

jestesmy mokrzy od potu jak spod prysznica ]

 

[ Salar de Uyuni, uf, udalo sie doczlapac na twardsze ]

 

[ Salar de Uyuni, proba w innym miejscu - solanka, to choc sobie poskaczmy ]

 

[ Salar de Uyuni, Mistrzo ]

 

[ Salar de Uyuni, zatoka Slonego Lata ]

 

[ Salar de Uyuni, zakonserwowany ]

 

[ Salar de Uyuni, blotno-solankowe randez vouz ]

 

 

***

Piaskowa trajektoria. Wyjazd nr 2. Piach. Taki do 1/3 kola. Traby powietrzne. Smieszne jak cie dorwie taka. Lata sie w kazda strone jak w pralce, a potem w srodku spokoj, a potem znowu. Walka trwa 7 godzin. Doprowadza nas do rewirow niezwyklych. Najpierw w Rio Grande wszyscy chodza w odblaskowych kamizelkach z logiem unii europejskiej, a potem za wioska powoli ladujemy na marsjanskim ksiezycu.

 

[ Uyuni - Rio Grande, to wedlug nas najfajniesze zdjecie tej przygody :),

powaznie,

spojrzcie na koniec drogi, to niby jezioro to fata morgana,

fajnie ze wyszlo,

to i traby powietrzne towrzysza nam tu stale ]

 

[ Rio Grande, osrodek wywiadu polskiego w Boliwii ]

 

[ Uyuni -  Rio Grande, piach, standardowo nic nie widac na zdjeciu, ale piach ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, ja to wszystko p!"·$x!!!!.... ]

 

 

***

Ladowanie na marsjanskim ksiezycu. Umowa byla taka - wszystko generalnie po czym tu jezdzimy to Mars. A tu jeszcze bardziej marsjansko niz na marsie. Musi byc jakis jego ksiezyc. Podchodzimy do ladowania. Dookola polmiekko i czerwono-brunatnie. Koryto rzeki jakby. W zakolach woda. Przygladamy sie blizej. Krystalizuje na zieloni zolto i bialo i rozowo. Na brzegu biale naloty. Szukamy miejsca na oboz jezdzac wzdluz tej rzeki. Podloze trzyma jak plastelina. W koncu jest. Najbardziej toksyczny kawalek jaki mogl byc. Wiatr przybiera na sile i pod wieczor ma sile huraganu. Co chwile z innej strony. Potem sie stabiluzje i rozbijamy namiot. Obstawiamy motorami, przytachujemy takie wielkie chyba gipsowe plyty co to wykrystalizowaly w rzece, obstawiamy motory i uszczelniamy workami i folia. Zyjemy. Wycieczka w poszukiwaniu form zywych. W trakcie wlaze w kaloszach (nowych) do tej niby rzeki. Przerzera mi. W srodku chlupie. W ramach doswiadczen biologicznych na sobie myje nogi w tym. Robi mi dziwnie. Ale spoko. Rano jedna bez szalenstw. Czytanie ksiazki w najwiekszym filtrze ochronnym przed promieniami UV jaki udalo nam sie znalezc.

 

[ Rio Grande - Juliaca, ladujemy na marsjanskim ksiezycu, tzeba by tu gdzies zalozyc baze ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, jeno troszke tu toksycznie ]

 

[Rio Grande - Juliaca, ale rach ciach ... ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, ... i baza stoi, to co widac to oslony przed huraganowym wiatrem,

z plyt gipsowych co wykrystalizowaly w tej rzece za plecami ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, marsjansko ksiezycowe formy niezywe ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, marsjansko ksiezycowe formy zywe ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, badamy ten syf bialy, troche szcypie w jezyk :) ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, a ta niby woda, podejrzenie ze plynny amoniak, przezera kalosza,

nowego peruwianskiego ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, marsjansko ksiezycowe formy zywe 2 ]

 

[ Rio Grande - Juliaca, poranna lektura w ochronie przeciwko promieniom UV A,B, C i Z ]

 

 

***

A jednak salar przyzywa. Z niejakim ociaganiem rostajemy sie z marsjanksim ksiezycem i zachaczajac o wieze cisnien na orbicie powracamy na planete. Jakos nas tak zarzuca wokol tego salaru i jasne jest, ze nie mozemy go odpuscic. Taki jest, nie bojmy sie tego slowa, piekny. Po prostu. Zmasowany atak na zmysly. Kluczymy i wijemy sie, ale pod wieczor odwaznie wjezdzamy na nocleg. Nocleg na salarze. W nocy jakies swiatla w oddali. Dziwne sny. Marzenia o wiekszych motorach, to znow strach przed ich zmniejszeniem. Hm. To pewnie ten lit. Ponoc ten salar to jednej z najwiekszych zbiornikow litu na planecie. Rano ktos do nas podjezdza na rowerze. Widac ze jedzie i jedzie z godzine. Czy cos sie nie stalo? Wsyzstko w porzadku. Bo siedzicie tu tak i siedzicie?

 

[ Juliaca, ha, wreszcie dopadlismy jakas jeszcze nierozwalona wieze przy tych plaskowyzowych kolejach,

1912 rok i z kranem ! ]

 

[ Juliaca, wszystko jasne, Anglia, az dziwne ze taki kawal to wozili ]

 

[ Juliaca, cmentarz ]

 

[ Salar de Uyuni, jednak przyzwal nas i wciagnal, szukamy miejsca na nocleg,

musimy to zrobic w tym miejscu !, sami rozumiecie ]

 

[ Salar de Uyuni, wszyscy obecni ]

 

[ Salar de Uyuni, chwilowa wizytacja w kaloszu ]

 

[ Salar de Uyuni, oboz ]

 

[ Salar de Uyuni, slonce zachodzi ]

 

[ Salar de Uyuni, i pojawiaja sie sny o wiekszych motorach - czyszczenie pod blotnikiem ]

 

[ Salar de Uyuni, och, ty potworze ! ]

 

 

***

Zwierzatka z dna morza. Brzegiem salaru zblizamy sie do miejsc magicznych, kultur dawnych, drzew kamiennych, lodzi podwodnych wyrzuconych przed wiekami na brzeg tego co kiedys bylo morzem Balivian a teraz salarem. W koncu sa. Pancerniki. Mnostwo nor, zapadanie sie po kostki. Ryja w dawnym dnie morza. Podkopuja, niuchaja. Ale przede wszystkim uciekaja. I nie latwo znalezc, napatrzec sie. Na szczescie miejscowi urzywaja ich jako amuletow szczescia, wiec w kazdym sklepie mozesz sie spokojnie przyjrzec.

 

[ Colcha K - San Juan, tak to sobie wymyslelismy, peleryna o ktora byla klotnia ze kupuje w Nepalu

jak znalazl przydala sie w Boliwii, grunt to dalekosiezne planowanie ]

 

[ Colcha K - San Juan, zwierzatka z dna pradawnego morza, duzo ]

 

[ Colcha K - San Juan, uwodzicielski pyszczek ]

 

[ Colcha K - San Juan, przodkowie tutejszych Indian ]

 

[ Colcha K - San Juan, kamienne drzewa,

tak naprawde to tu bylo morze i to ponoc w nim wykrystalizowalo jakos ]

 

[ Colcha K - San Juan, piaskowa lodz podwona ]

 

[ Colcha K - San Juan, groby w jaskini ]

 

 

***

Skala sypka i laga cieknaca. Przebijamy sie z Salaru de Uyuni do wioski San Juan. Na kreche. Twarde konczy sie dosyc szybko i grzezniemy w piachu maksymalnym. Nawet po tym mozna jakos jechac, bo na wierzchu warstewka takiego twardszego, tyle ze troche mocy brakuje. Co chwile trzeba na polsprzegle sie przedzierac, troche jest strachu ze rozwalimy motory w ten sposob. Grzezniemy na nocleg. Dookola mnostwo suchych krzewinek. Gotujemy na tym. I w blasku plomieni pomalu wylania sie prawda. Laga wesolo polyskuje olejem. Cieknie. Rano, dzieki czytanym gdzies na stronie Poznanskiej Grupy Enduro Sokol (dzieki!) poradom, wycinamy z butelki po wodzie szczelinomierz i wydlubujemy po pol kilo brudu spod oringow. Trpche sie zmniejsza. Ale nie do konca. Potem okaze sie to zadziwiajacym polem doswiadczalnym - im wyzej tym mniej cieknie, tak ze najwyzej gdzie wjedziemy nie cieknie w ogole, a na dole po zjezdzie cieknie poteznie. Czy to nie powinno byc odwrotnie czasem. Przeciez roznica cisnien wieksza jest na gorze. A tu nie.

 

[ Colcha K - San Juan, Gocha nasladuje, po pelnym piachu, chyba przypalamy sprzegla,

w celu zeby to jechalo a nie gaslo]

 

 

***

Skala twarda i silnik parowy. Piachy, wioska San Juan, salar jakis kolejny z blotkiem swiezym po deszczu wlasnie i powoli wjezdzamy w gory. Kamienie jak glowy na drodze. Szybka szkola. Az dziwi nas, ze te motory sie nie rozwalaja po takim skakaniu z kamienia na kamien. Nastepnie dziwi nas, a raczej cieszy, kiedy sie musimy zatrzymywac co chwile dla ochlodzenia silnika, jak on skwierczy, kiedy nan sikac. Gdyz innej cieczy chlodzacej nie zbywa. Woda tu nalezy do rzadkosci. Wiec coz. Bariery kruszymy. Dzieci pasace lamy ciekawie popatruja.

 

[ San Juan - San Augustin, przejazd przez tory prowadzace przez srodek salaru,
strasznie nas to wzrusza, nie wiedziec czemu ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, do wody ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, i na kamyki ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, Gocha daje rade ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, zjazdzik do zielonej doliny,

na podjazdziku sikalismy na skwierczace silniki dla ochlody, bylo nieco gorsko ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, kamieni ciag dalszy, szybka nauka jak przezyc ]

 

 

***

Jawa 350. To podstawowy motor miejscowych. Takie po 20 lat sa wszedzie na podworkach. W akcji widujemy 4 razy. Grzeja chlopaki po tym terenie aby tuman idzie. Po 2 osoby. Dlaczego nie na WSK ?

 

 

***

Snieg. A w nocy snieg. Z pogoda tutejsza jest jak w kosmosie. Jak slonce, jesli sie nie okryjesz czyms, to mozna sie spalic tak po prostu. Sahara. Jak chmura przyjdzie temperatura spada od razu bez zadnych tam stanow posrednich o 15 stopni. A w nocy snieg. I mroz nad ranem. Przynajmniej jest na co zgonic ze nie wstajemy przed 9. Cztery dni padania jednak sie zbliza i slabo to wyglada. Raz grad wielkosci jajek kurzych. Akurat wjechalismy do wioski wiekszej, Villa Alota, z zamiarem delikatnego odmycia sie w jakims hoteliku. Jak bylismy pod prysznicem to przywalilo. Zdarzylismy tylko wyskoczyc i narzucic worki na motory, zeby ich nie poobijalo.

 

[ San Juan - San Augustin, nocleg pod jakims tam wulkanem, w nocy pojawia sie na nim snieg ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, z zza tego zakretu wyjedzie zaraz wypasiona toyota landcruzer 4800 benzyna,

z 8 upakowanymi jak sardynki turystami, popatrujacymi zazdrosnie, i - przyznajmy sie - o to chodzi :) ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, widoki z lotu kondora, te okragle to zagrody dla lam ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, po 380 km pierwsze zielone, oaza, zrodla, lamy, trawa, szalenstwo ]

 

[ San Augustin - Villa Alota, po prawej stronie zielonej doliny taki piekny klif ]

 

 

***

Atak koncowy. Atak na sedno terenowe przygody zaczynamy w Villa Alota. Odmyci. Odjedzeni. Uderzenie ma nastapic na kierunku zachod, poludnie. Do samej granicy z Chile. 350 km zajmie nam 7 dni. Dziennie 40 - 50 km.
Po pierwsze chcemy troche tu pobyc, bo ladnie. Ale uczciwie - wiecej na tych motorach z naszymi umiejetnosciami, jak na ten teren - trudna sprawa. No moze jakbysmy wstawali przed 9 i ruszali przed 12. To wtedy tak. :) Kupujmey u ludzi 15 l paliwa, 14 litrow wody, zero chleba bo nie ma, za to 6 paczek krakersow, cebule, pasztet i w droge. Atak koncowo koncowy mamy przypuscic na Hito Cajon, posterunek graniczny z Chile i nastepnie zaznac luksusow chilijskich.

 

Jedzmy, nikt nie wola.

 

 

***

Rzezba terenu. Rzezba terenu jest tu piekna. Co tu duzo mowic. W pogoni za wiskaczami (te takie wielkie kroliko-kangury) zapuszczamy sie pod wiszace skalki. Jest tak tajemniczo i fajnie, ze nawet jakby muzyka z tego wlasciwiego filmu wygenerowuje sie sama w tle.

 

[ Skalki za Villa Alota, stare grzyby ]

 

[ Skalki za Villa Alota,  Gocha wparadowuje w nieprzecietna rzezbe terenu ]

 

[ Skalki za Villa Alota,  kondor ]

 

[ Skalki za Villa Alota, daszek ]

 

[ Skalki za Villa Alota, slimak ]

 

[ Skalki za Villa Alota, fajne fajne ... ]

 

[ Skalki za Villa Alota, ... ale tak naprawde .... ]

 

[ Skalki za Villa Alota, to przeciez Piekielko Nieklanskie medzy Radomiem a Kielcami ladniejsze ]

 

 

***

A do szczescia wiedzie ta najdluzsza z drog. Bo sa 2 glowne, a potem jeszcze 2 wariacje, bo juz nie drogi, na temat tego drugiego kierunku. Co do pierwszego wyboru nasi gospodarze w Villa Alota mieli jasne wytyczne - ta prawa lepsza, ale obie takie same, po deszczu nie mozna jechac, a wlasnie padalo, ale to przejedziecie. Acha. To jedziemy ta dluzsza, bardziej dzika. A co do drugiego wyboru to Indianka na drodze kategorycznie zaprzeczyla jakoby to na wprost. Wiec wiedzeni doswiadczeniem pojechalismy na wprost. Dobrze. Choc do tylu tez dobrze. A widzicie, juz nie tylko zaczynamy rozumiec o co chodzi tym ludziom, ale rowniez okazuje sie ze tu tak jest. To znaczy inaczej. Tu albo i tam. I obie dobre. (Disclaimer: nie stosowac w innych dlugosciach i szerokosciach geograf. )

 

 

***

Koniec. Koniec dokonuje sie na tej drodze co ta ja wybralismy z powyzszego wyboru pierwszego. W pewnym momencie trzeba zjechac z takiej calkiem dobrej drogi do granicy z Chile w Ollague w lewo. Nawet jest znak. Ze jest skrzyzowanie. Nie to zeby ktos napisal dokad, ale jest ze skrzyzowanie. Tak sie zjezdza i jest koniec. Potem trzeba po kamulcach wielkosci polkola przedrzec sie tak jakies 200 m wyzej i tam dalej w tym kierunku podazac pare dni. Drog nie ma. Sa koleiny po dzipach z turystami. Czasem 38 rownoleglych. Liczylismy. Wlasciwie zabladzic sie nie da, bo po jednej stronie gory po 5000m a po drogiej po 6000m, a po srodku, tam gdzie my, taka jakby mega dolina wyplaszczona. Tam jest koniec Bolwii. Piekny jest.

 

[ Koniec Boliwii, ta, ktoredy, zeby jak najdluzej nie zjezdzac z tej autostrady ]

 

[ Koniec Boliwii, ciemne i jasne ]

 

[ Koniec Boliwiii, u, wyjechalismy jakos tak za daleko troche na Wulkan Ollague,

te chmury troche nawet pomagaja sprawie, jest przez to jakis taki wiekszy,

za nim Chile i pikowanie w dol do Pacyfiku ]

 

[ Troche w lewo od Konca Boliwii, wpychamy w teren ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, gory z takich plaszczyzn zaczarwuja ]

 

 

***

Nowy flaming. Zaczynaja sie po paru km slone jeziora. Jedno nawet nazywa sie Honda. Nasze Hondy ciesza sie jak dzieci. Nie wiadomo wlasciwie z czego. Ale my tez. Az tu sie nagle pojawia powod. Wlsciwie czesto w tej podrozy jest tak, ze skutek wyprzedza przyczyne. Magia. Wiec w tym przypadku - flaming czerwienszy niz inne. Wlasciwie wszystkie tu takie. Czerwone pasy na skrzydlach. Flaming Jamesa. Ale ladny glupek. I nie ucieka jak poprzednie (chyba Flamingi Andyjskie).

 

A Honda po hiszpansku znaczy chyba czasami `gleboki`.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, flaming na patyku, to chyba znak parku narodowego, do ktorego sie zblizamy ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, a tu na zywo, nowy flaming, ucieka ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, nowy flaming stoi ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, nowy flaming sie odbija ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, nowy flaming w pelnej krasie, sie podoba, to Flaming Jamesa,

czerwienszy niz inne ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, no to jeszcze stadko ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, wyzeraja cos z tego zielonego paska na bialym jeziorze ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, no nie moze nam przejsc zabawa w podchodzenie ich ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, wyjazd z ukrycia noclegowego ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, to jest absolutnie niesamowite, sa na swiecie rewiry, ktore nas godza

 - gory Gosi i rowniny Konrada ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, ten napis co pokazujemy glosi ´Laguna Honda´, my i 2 Hondy zatem ]

 

 

***

Obozy. Troche jest w tym wzgledzie nie najlepiej. Przestrzenie sa tu gigantyczne, ale jednoczesnie takie jakies kameralne przez swa przejrzystosc. Nigdzie sie ukryc. Widzisz cos, a to 15 km dalej, i jak na dloni, jak na wyciagniecie, jakby mozna dotknac. Wjezdzamy w jakies zakamarki dokonujac ekwilibrystyki na tych motorach. Czesto wpychajac je w 2 osoby po bokach, motor na jedynce i siup do gory. Ukryc sie. To podstawowa zasada. Wlasciwe odnosi sie wrazenie, ze niepotrzebne to w Bolwii. Nawet jak ludzie sa i widza, a jak sa to widza zawsze, bo np maja lornetki, a ci co pasa cos maja prawie zawsze, tak tak, to jednak nie niepokoja. Tak czy inaczej jednak sie chowamy. Po poludniu, nie za pozno. Motory ida dalej od namiotu. Ustawiamy je na klapkach mongolskich Konrada, zeby byly izolowane w wypadku burzy. Moze dzicinna naiwnosc, ale jednak tak robimy. Benzyna zapasowa, jeszcze dalej miedzy kamienie. Gotowanie w przedsionku, wieje tak, ze czesto trzeba robic barykady z kamieni. I zupka chinska plus przecier pomidorowy plus pocieta cebula plus czosnek plus herbata nepalska plus krakersy z pasztetem. Pasztet bardzo dobry. Argentynski. Ba!

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Gocha pruje w kamienne drzwi ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, a nie mowilismy, ze rowniny i gory na raz uwodza ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, a jak posrodku jeszcze dodac

ni stad, ni zowad jakies skalkowe wawoziki, to juz orgia ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, ta rownosc jest jednak zwodnicza,

jest to generalnie 15 cm zwir jak w zwirowni, nasze slabiutkie silniki maja ciezko ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, nauka przestrzeni ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, zielony tubylec, jakby mech ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, przygotowani do przyjecia uderzenia,

idzie burza, nie za bardzo jest sie gdzie schowac, co nie?,

ale motory odsuwamy od namiotu i ustawiamy dla izolacji na gumowych klapkach Konrada,

dodatkowe paliwo jeszcze dalej ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, a rano w tym miejscu wylania sie wulkan, niezly widok do porannej kawki ]

 

 

***

Gorskie rowniny. Miedzy gorami po lewej i gorami po prawej wyplaszczona rownina. Smieszny jest ten krajobraz. I uwodzacy. Ulubiony nasz krajobraz. Bo sa ulubione gory Gochy i ulubione stepo pustynio rowniny Konrada. Ulubiony. I my po tym. I nawet ani razu sie nie wywalamy. Cos sie w nas dotarlo.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, kolorowo ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, kolorowo, Konrad z piorami flaminga i tarka ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, wieje tak, ze jedziemy w glebokim pochyle zeby prosto ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, konik zwawy lecz malawy ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Gocha na Saharze ]

 

 

***

Jedyne drzewo w okolicy moim jest. Z gorskich rownin nieco w dol. Stoja na plaskim figury. Po 7 metrow wysokosci. Niesamowite. Jakby poustawiane. Dookola jak zamiotl, a tu nagle takie pionowe skalki. Ponoc bo maja na gorze warstwe w zelazo bogatsza. Twardsza i chroniaca, wiec nie eroduja. Ale to wszystko nie wazne. Co wazne to to, ze jedna z nich nazywa sie Arbol de Piedra - kamienne drzewo. Tak tak, ten sam kawalek skaly, ktory jakies 4 lata temu ogladalem myslac o tej podrozy na reklamie BMW 1200 Adventure. I jestem tu. Na Hondzie. Jezdzilem 16 razy dookola tego wrzeszczac z radosci. Smiem watpic czy BMW 1200 Adventure ze wzgledu na wage ktos tu wjechal, ale Honda 125 tak. To my. A co.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, od czsu do czasu pojawiaja sie plytki, po ktorych mozna juz dac ognia,

fajnie pekaja pod kolami, jak dzwiek tluczonej szklanki, lecz co tam plytki - skalki Panie Dzieju, skalki ! ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Gocha na ostaniej prostej do ziszczenia marzen Konrada ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Arbor da Piedra, urrraaaaa! po 4 latach od ogladania reklamy BMW Adventure

z tym drzewem w tle, i marzenia, ze moze kiedys, jakos - jest, na Hondzie, urrrraaaaa! ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, bardzo sympatyczne to miejsce, nie zerodowalo, bo ma kapturek z zelaza ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, coz wiecej chciec, po 5 dniach przedzierania sie po 40 km na dzien, jestesmy ]

 

 

***

Czerwone jezioro. Doskakujemy do Laguna Colorada. Czerwone. Z zaspami sniegu. Ale to nie snieg. To sterty CaCO3, weglanu wapnia chyba. Rzucamy sie tym. Ale wciaz zyjemy.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Colorada, nadchodzimy nad czerwone jezioro ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Colorada, kawalki wyschniete ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Colorada, mikrogejzerki ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Colorada, o co tu chodzi z tym kolorem ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Colorada, z kolorem jak z kolorem, ale z tymi zaspami snieznymi ? ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Colorada, juz chcemy pigulami sie porzucac,

a to sie okazuje cieple i lekkie jak piorko - zwaly weglanu wapnia ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Colorada, jak te ptaszyska wytrzymuja w takiej chemii? ]

 

 

***

Wspolnota Huajllajara. Dzis nocleg cywilizowany. Dla odczyszczenia. W takim baraku dla turystow wozonych dzipami. Troche jest dziwnie, bo przyjezdzamy nie dzipem i nie wiadomo w zwiazku z tym co i jak. Ale jakos. Wieczorem przyjezdzaja goscie z USA, Izraela, Argentyny. Wszyscy maja rolki w rekach. Kolejka do toalety. Ha, co za wspolnota. Z nami, jak najbardziej ma sie rozumiec. Pewne pocieszenie, ze wszyscy maja tak niska odpornosc na jedzenie w tych szerokosciach i dlugosciach geograficznych.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon,  lotnisko przy Laguna Colorada,

to co jednak oddzialuje na wyobraznie to nazwa osady gorniczej - Camponamento Ende, Oboz Koniec

tu akurat Pista Ende, ale wczesniej jest Camponamento Ende, wiec tak ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, tarka, juz 600 km, nawet te motory wybieraja pewien jej rodzaj,

ale 64 inne rodzaje niestety nie ]

 

 

***

Mimowolny rekord. Ladujemy do gory, wciaz do gory. Bo musimy. Do miejsca o wdziecznej nazwie Apaczeta. Jest tam jakas inwestycja geotermiczna i posterunek celnikow. Od granicy to jakies 60 km i nie do konca w ta strone, ale kogo to obchodzi. Wjezdzamy tam najpierw na trojce, potem na dwojce, a potem jak juz zdechla na jedynce, prawie z podpieraniem sie noga. Zostawiamy panu nasza deklaracje celna, nie dostajemy nic, wiec spokojnie moglismy sprzedac te motory w Boliwii i spoko. A i jeszcze pytanko, ile tu jest? 5.100. 5.100 m npm. Nasz rekord. Mimochodem. A cieszy.

 

(Jest tu niedaleko droga, ktora podobna jest najwyzsza, do koplani na 5800. Zostawiamy innym polskim zdobywca. Info gdzie na emaila :))

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, wysoko, podjezdzamy pod 4800 m npm, przedwczesna uciecha ... ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, ... bo tu jest wyzej,

kierunkowskazy na odprawe celna granicy Hito Cajon, ktora jest ze 60 km gdzie indziej niz Hito Cajon, w Apacheta,

a co ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, o, a tu jeszcze wyzej 4905 m npm ...]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, o, a tu najwyzej, tu jest 5100, wyzej juz nie wjedziemy,

no moze potem jak bedziemy wspinac sie znowu na granice pomiedzy Chile i Argentyna,

ale tego nie wiemy,

a tu wiemy - 5100 m npm, wjechalismy na jedynce, stajac co 500m dla ochlodzenia ]

 

 

***

Protokol komunikacji. Miejscowi tubylcy naleza w naszej zgodnej opinii do najlepszych spotkanych w tej podrozy. Konkuruja o pierwsze miejsce z Laosem. I tam i tu nikogo specjalnie nie dziwimy i nie interesujemy. To znaczy moze i tak, ale nikt nam tego nie okazuje. Wszyscy w piekny i tak porzadany w wiekszosci krajow przez nas sposob interesuja sie swoimi sprawami i nic nie chca. Bardzo przyjemnie. Jak sie uklonisz, pytaja jak leci, skad jedziesz i gdzie. Bardzo kulturalnie i przyjemnie. Jak cos chcesz to nic sie nie dowiesz, ani specjalnie nikt nic ci nie pomoze, a jak sie spytasz czy jest chleb to nie ma i gdzie to oni nie wiedza i jaki chleb w ogole (a jak sie spytasz w miejscu noclegowym czy mozna cos zjesc to popatrza baranim wzrokiem, choc potem sie okazuje ze daja kolacje), ale i tak sa jednymi z najlepszych. I czasem mozna napotkac nieznana forme logiczna. Jak np pytasz po ile ten przyslowiowy chleb, a chlopiec patrzy i mowi nie ma dla dwojga, albo zabierz mnie do swojej wsi, albo czy moge jechac waszym motorem w druga strone niz jedziecie. Podrozowanie wzbogaca.

 

 

***

Gocha zobacz co tam tak bulgoce. Po drodze napotykamy bulgotanie. Jest juz obawa ze t ow silnikach. Ale okazuje sie ze nieco nizej po prawej. Cale stado gejzerow, o wdziecznej nzawie Sol de Manana, czyli Slonce Jutra. Zapuszzcamy sie. Wycieczka iscie marsjanska. bardzo ciekawe kolory, zapach, nie wiedziec dlaczego, rosolu z kluskami, troche slabo sie oddycha, dymi i gwizdze. Nie widzielismy jeszcze takich gejzerow. Siedzimy tam 2 godziny. Mamy nadzieje ze te doswiadczenia nie odbija sie specjalnie negatywnie na DNA naszych potomkow. Gdyby cos to - dzieci - sorry.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, kontrola bulgotania ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, jest tak z 80 st C ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, paznokietek zszedl pozniej oj zszedl ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, to mu tez nie pomoglo ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, chwilowe trudnosci z oddychaniem ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, Gocha przedziera sie przez zapachy do glownego bulgotania ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, tu juz bulgoce konkretniej ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, wciaga ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, coraz blizej ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, bulggg ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, absolutnie odjechane miejsce ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, i nikogo nie ma ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, zadnych barierek ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, ani innych zabezpieczen ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, duzo za to gazow ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, o zapachu niedzielnego rosolu ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, tu szczegolnie duzo ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, ktory oczarowuje Goche i przenosi hen tam, gdzie Kopa Cwila ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, wzorki powierzchniowe ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, to juz bylo ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, ale to nie - kolory, kolory ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, w lewym rogu - rodzi sie mikrowulkan ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, mikrowulkan przesunal sie na prawo, kolory pozostaly ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, calkowicie przesmiergnieci i uwiedzeni dajemy wreszcie spokoj ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Sol de Manana, a on nie, wikun, jak niby odeszlismy

zaglebil sie wsrod tych bulgpotan i wyzarl cos zoltego z wyschnietego krateru, witaminki? ]

 

 

***

Marsjanskie splywy. W dol od gejzerow napotykamy gorace zrodla. Woda slodka. Zaliczamy odmaczanie i splywy. Kilka razy tak. Do flamingow, biegiem powrot i znowu. Ptasiory dziwnie popatruja. 2 km dalej dolina Dalego. Duze bas bysmy dali pod ten widok.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, nad jakims tam kolejnym salarem,

2 godziny szukalismy gdzie by sie tu skryc przed hurganowym wiatrem, wreszcie sa jakies skalki ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, ktore oferuja calkiem mile facilities - mycie zebow w fotelu ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Gocha i Mechaniczny Baran Czerwony ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, nadchodzimy ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, do tak zwanej Doliny Dalego czy tez Dam Pustyni,

nie wiemy ale i tak jest niesamowicie ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, ale najbardziej niesamowite jest to miejsce,

goracy strumien ze slodka woda,

 tam dalej stoi flaming,

splywamy pod niego, bieg spowrotem i tak 15 razy,

co za uczucie ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, kolorowo ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, rzeczona Dolina Dalego czy tez Damy Pustyni ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, po tarce w kolorowe ]

 

 

***

Rozsztrzygajace uderzenie. Pasztet, krakersy i narada. Chyba to bedzie ostatnie zwiekszenie wysokosci. A potem puk w dol do jezior i fru na granice. Hito Cajon. Czyzbysmy faktycznie mieli tego dokonac? Ogien. Wjazd na jedynce, chlodzace sikanie, kolorowe gory i nagle uderzenie widkokowe wylaniajacego sie wulkanu. Nagle tez uderzenie wiatru. Jak zjezdzamy to na dwojce. Bo tak wieje. Jak wcisniesz sprzeglo to, jesli tylko utrzymasz rownowage, zacznie cie wpychac pod gore. Nawet to smieszne. Przynajmniej jest chlodzenie silnika. Jakos sie przemocowujemy i fru w dol. Konkretnie w dol na otwierajace sie jezioro Laguna Blanca i dalej Laguna Verde. Jest! Dojechalismy tu o wlasnych silach takimi pierdziawkami. Ale radocha. Pamiatkowe zdjecie, narada czy zdobywac poboczny wulkan, nie bo sie nie chce i na granice. Na granicy bardzo milo. Troche sie lezka kreci w oku. Boliwia to bylo to. Ale co tam reszta swiata tez czeka. Odjazd.

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, zjazd zostatniej przeleczy,

wiatr taki ze musimy jechac w dol na dwojce, zeby nas nie wepchnal spowrotem ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, od tego wiatru ogarnia nas male szalenstwo,

wrzeszcymy na siebie i niesamowicie agregujemy agresje ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, tu szczegolnie duzo agresji, ilez razy mozesz mi robic takie zdjecie!!!?? ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, koniec, nad Laguna Blanca i Verde, niedaleko Hiti Cajon, chyba sie udalo ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, a jeszcze tylko te kamburki, co za przyjemnosc ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, i maly zjazdzik ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, i jest pelna ekstaza - zrobilismy to! na tych pierdziawkach !

Hurrraaa!

Hurrraaa!

Hurrraaa!Hurrraaa!

 

 

Hurrraaa! ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, Laguna Blanca ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, troszke glebszego zwiru na koniec ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, pozegnanie z flamingami ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, i z wulkanem ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon, i JEST! DOKONALISMY TEGO!

CHILE!

HITO CAJON!

Patrza na nas jak na zjawy, troszke zimno co mowia, nic nie czujemy, radosc jest ogromna

ZROBILISMY TO! ]

 

 

***

Chilijskie doly. Wynurzamy sie na przelecz, pare km i cos nam nagle nie pasuje. W poprzek horyzontu zasuwaja TIRy, tak po 100 km/h. O co chodzi? Podjezdzamy i widac, ze na gorze jest asfaltowa nowka droga miedzy Chile i Argentyna. Ha, ha. Asfalt. Az sie zatrzymujemy z wrazenia. I fru w dol. Na 29 km zjezdzamy z 4800 m npm na 2700 m npm, bez zadnych tam zbenych slalomow i serpentyn. Tak po prostu - prosto na wprost. Na kreche. Co 1 km tzw. pista emergencia, boczna droga awaryjna jakby TIR nie mogl zahamowac - ma wjechac tam, a tam go juz zwaly zwiru ewentualnie gorka jakas wyhamuja. Mimo tego naliczylismy 14 wrakow po obu stronach. Setki krzyzy. Co to jest? Z taka droga? Czy ci ludzie umieja jezdzic? Ruch taki sobie. A krzyze calymi rodzinami. Na nich rozne rzeczy, koszulki, puszki piwa. Chyba ulubione rzeczy ofiar. Jakies to pomieszanie luks drogi z tyloma ofiarami strasznie miesza w odczuciach. Zamieszanie jest jeszczed wieksze kiedy wjezdzamy do San Pedro de Atacama. Wies. Jakies komorki, w nich ludzie. Hej to Chile czy Peru? Chyba Chile, bo ceny wyzsze niz w Niemczech. Ciekawe. Jedziemy do Calamy, bo chcemy zobaczyc to legendarne Chile co ma wygladac porzadnie jak Niemcy, no i ma sie rozumiec kupic koszulke z Pinochetem. W opozycji do wszystkich tych balwanow z Zachodu, ktorzy tak sie epatuja stworzona przez byle KGB legenda Che. 2 skuchy. Tu gdzie jestesmy Chile wyglada tak sobie, nijako i brudnawo. Po drugie na wspomnienie koszulki z Pinoczetem zostajemy wyproszeni ze sklepu. Hm, dobra, to jedziemy do Argentyny.

 

[ Hito Cajon - San Pedro de Atacama, zjazd do cywilizacji, na 39 km z 4800 na 2700 mnpm na wprost,

wiec sa takie boczne odnogi drogi, dla ratowania sie TIRow,

ktorym cos sie stalo z hamulcami, albo z silnikiem i musza sie jakos zatrzymac,

te zwaly zwiru maja je wlasnie zatrzymac,

mimo to cale rodziny krzyzy na poboczu,

piorunujace wrazenie ]

 

[ Atak koncowy na Hito Cajon - udany!, bardzo szczegolna to chwila, ostani papieros z paczki kupionej w Pakistanie,

patriotycznej, Red & White, bialo-czerwonej, mial byc wypalony jak sie uda nam przejechac przez Hito Cajon, wypalam ]

 

[ San Pedro de Atacama - Calama, niezla drozka, a te gorki polskie, ponoc odnoga Cordyrlera Domeyko ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, no coz, nie maja koszulek z Pinoczetem

i w ogole jakos malo eksluzywnie, wiec spadamy do Argentyny,

ale chcielismy tak bardziej terenowo i wjechalismy tu, a tu maly znak kolo drogi:

 ¨Uwaga niebezpieczenstwo, Pole minowe,

ups

zmrozilo troszke ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, nas podroznikow slawnych minami?

no, no,

to my w bok chyc do doliny ksiezywcowej ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, a w dolinie ksiezycowej Gosi troszke nozki wyglo ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, ale poza tym widoki calkiem calkiem ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, wlasciwie moze byc,

ten caly Hito Cajon byl na gorze po prawej od tego prawego wulkanu ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, cos tu goraco ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, i chyba faktycznie nieco ksiezycowo,

znaczy zblizamy sie do ziemi z tej marsjanskiej podrozy ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, zblizamy, ale ten wulkan nas nie puszcza ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, oj nie ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, tak ze musimy zrobic oboz z nim w tle i zmeczyc wino wikunia ]

 

[ Calama - San Pedro de Atacama, a ze to pierwsze drzewo nadajace sie na oboz od czasu Azji to czemu nie ]

 

 

***

W gore. Do Argentyny jedziemy oczywiscie w gore. Kawalek ta sama droga co zjezdzalismy. Te 29 km na gore wjezdzamy ze 2 godziny, stajac co chwile na chlodzenie silnikow. A na gorze okazuje sie jak to zwykle jest, ze trzeba jeszcze wyrzej. No wiec wjezdzamy znowu pod 5000 m, a tam na zboczu gory widac taki fajny zygzak wjzadu gdzies na 6000m. Ciekawe kto i czym tam jezdzi. Pewnie wojsko albo gornicy. Na gorze generalnie okazuje sie ze jest ze 200 km plaskiego w tym Chile i piekne salary i flamingi i to co juz mielismy nadzieje wreszcie opuscic po 2 miesiacach obcowania. A tu to nie puszcza. Na gorze tez snieg. Co dobre, bo zwykla procedure ochladzania silnika zastepujemy chlodzeniem sniegiem. Zimno sie w ogole robi tak, z tak, ze 2 razy stajemy i rozdygotani grzejemy rece o silnik. W pelnym huraganie zajezdzamy na granice. Na granicy, najwazniejsze ze wita nas nie jakies tam panstwo, tylko miejscowi masoni - obelisk witajacy Rotary Klub Argentina. To mile, koledzy. Grzejemy w nadziei, ze wreszcie zaczniemy spadac z tych Andow, ale caly czas pieknie prosto i tak jak dotad. Po ciemku wjezdzamy w bok i oboz. Gocha nie chce oderwac sie od silnika, cala drzy jak w malarii. Okladamy ja dwoma spiworami i po 15 minutach zaczyna okazywac oznaki zycia.

 

[ San Pedro de Atacama - Paso Jama, czyli Argentyna, he he niestety jeszcze jedno kolko na marsjanskiej orbicie,

wjezdzamy spowrotem na gore, a tam sie istotnie ochlodzilo, -10 st C, grzanie raczek o silnik  ]

 

[ San Pedro de Atacama - Paso Jama, czyli Argentyna, wysoko, tak z 4900 spowrotem,

a jak wysoko to ladnie ]

 

[ San Pedro de Atacama - Paso Jama, czyli Argentyna, u nas wysoko, a tu taka droga na horyzoncie,

niezle co?

chyba da wojska albo gornikow ]

 

[ San Pedro de Atacama - Paso Jama, czyli Argentyna, widoczki jednak to pryszcz,

co wazne to, ze nas Masoni witaja w Argentynie - Rotary International na Paso Jama ]

 

[ Argentyna wita nas lodowiskiem na siedzeniu... ]

 

 

***

W dol. Rano biore menazke, a tam skorpion. A, bratku, zlapalem sie co? To juz drugi w ciagu ostatnich dni, maly, ale drazniony fajnie kole tym ogonem. Odpalamy, ale nie zjezdzamy. Meczymy sie jeszcze jakies 200 km tymi widokami i nagle na przestrzeni 9 krokow (liczylem) wszystko sie zmienia. Przejezdzamy na druga strone gory. Wlasciwej, jak sie okazuje. Tej dzielacej ten kontynent. Na przestrzeni tych 9 krokow robi sie zielono, pochmurno, wilgotno i wschodnio andyjsko. Odjechanymi serpentynami spadamy jak kula w dol. W koncowke karnawalu. Po godzinie jedziemy w korku. Jak powrot do Warszawy po dlugim weekendzie. Jestesmy na dole. Jestesmy w tloku. Jestesmy w zieleni. Jestesmy w szoku.

 

[ .. oraz skorpionami w menazce z rana ]

 

[ Bydlak nie duzy, ale wychyla sie zaczepnie ]

 

[ Argentyna, kolory wciaz obecne ]

 

[ Argentyna, i wreszcie jest, ten moment dlugo oczekiwany,

zjazd ze wschodniej strony Andow oglaszam rozpoczetym !]

 

[ Argentyna, zjazd jest co sie zowie, zjazd w pelna goscinnosc argentynska,

tu jest tak, jak myslelismy ze jest w Chile, czyli jak w Polsce, tylko taniej o 30%,

co za przyjemnosc na koniec]

 

 

***

W argentynskie objecia. Czego przyjaciele szukacie? Zaraz Wam pomozemy, piekna, prawda, jest nasza Argentyna? Slowa uslyszane po 10 sekundach od zatrzymania w San Juan de Jujuy, stolicy wdziecznie nazwanej prowincji Chuchuj. Bardzo przyjemni ludzie. I wreszcie normalna, europejska cywilizacja z blokami i normalna aktywnoscia, a nie zabuydowa typu Wietnam. Fundujemy sobie najdrozszy hotel w miescie. Fundujemy glownie dla uczczenia, ze Gocha tak ladnie poradzila sobie z motorami i ze sie w ogole zgodzila na te motorowe dzialania. Juz wiemy, ze nam nie przejdzie to hobby. Z tego miejsca - bardzo dziekuje, podpisano Konrad Michal Kakolewski.

 

 

  praktykalia:

Paliwo. W Boliwii super tanie, 1 litr kosztuje 3,75 boliwiana (czyli 0,47$); tylko jeden rodzaj benzyny (75 oktan) i jeden dizel. W Chile ok. 1$ za litr, rodzaje jak w Polsce. W Argentynie ok. 0,7$ za litr 95 oktan, najlepsza chyba cena do jakosci.

 

Mapy Boliwii. Mamy 6 map poludniowych koncow Boliwii. Zadna nie zgadza sie z zadna. Jak rowniez zadna nie zgadza sie z rzeczywistoscia. Nizgodnosc jest pelna i wrecz komiczna. Drogi z mapy nie istnieja w rzeczywistosci, te ktore sa nie sa zaznaczone, miejscowosci sa nie tam gdzie byc maja lub sa inne. Ze miejscowych pytac? Tak, tak tez tak myslelismy, tyle ze oni nic nie wiedza, albo nie chca powiedziec, lub jesli mowia to czujesz, ze lepiej zeby juz nic nie tlumaczyli, bo ci sie system operacyjny spali przy probie zrozumienia. Jesliby ktos chcial jechac w te strony wlasnym transportem - sluzymy swoimi obserwacjami - kontakt na maila.

A tak poza tym, to mapy Boliwii mozna kupic tylkow Uyuni. Wczesniej pytalismy w roznych miastach i nic nie bylo, a w Uyuni sa i w ksiegarni i w informacji turystycznej. No i jest bardzo fajna, mimo ze komercyjna, informacja turystyczna prowadzona przez zapalenca (ma duzo informacji i chetnie sie nimi dzieli, daje do skserowania materialy; jak sie stoi przodem do drzwi informacji turystycznej w wiezy zegarowej, to w lewo, chyba w drugim budynku, jest szyls z duzym i).

 

Biwakowanie. Boliwia, na dziko bez problemow, ludzie nie niepokoja. Chile i Argentyna posiadaja kempingi w miastach. Bardzo dobra mozliwosc niezawracania sobie glowy z szukaniem hotelu, jezdzac zatloczonymi ulicami z ruchem, ktorego niestety nie do konca mozna zrozumiec. Poza tym, w tych dwoch panstwach jak w Polsce, tyle ze w Chile dosc drogo (zwlaszcza San Pedro de Atacama potwornie, jak na standardy swiatowe of kors, drogie, dwuosobowy pokoj bez lazienki 25$), a w Argentynie dosc tanio.

 

Infrastruktura na koncach Bolwii. Sa baraki noclegowe dla turystow wozonych dzipami. Zawsze mozna podjechac. Oplaca sie dla zobaczenia miny tych gosci jak spostrzega kogos indywidualnie poznajacego te zakatki. Przy barakach jakies sklepiki z krakersami i konserwami. Ciezko kupic chleb bo zwykle ludzie sami sobie pieka/smaza.

 

 

  wiecej zdjec:

Nie ma, bo i tak juz za duzo dajemy ostatnio, za co przepraszamy.